<   2015年 06月 ( 17 )   > この月の画像一覧

Zwiastowanie pod dębami Mamre

f0340134_15255718.jpg
Mijał kolejny dzień, kolejnego lata spędzanego w Kanaanie. Abraham był stary. Sto lat to szmat czasu i ile przeżyć!
Sara była w sąsiednim namiocie, jak przed ich zaślubinami. Uśmiechnął się gorzko na tę myśl, chyba dlatego, że przez
te wszystkie lata czekali na potomka i niestety, Sara była bezpłodna. Tak naprawdę jednak, Abraham odganiał od
siebie inną natrętną myśl, ale ona ciągle uparcie powracała mu do głowy: Sara jest bepłodna, czy on nie umiał
właściwie zrozumieć Boga? Ale przecież Bóg mu wyraźnie obiecał, że będzie miał potomstwo tak liczne jak piasek
morski.
f0340134_15262595.jpg
Dobrze wiedział, że jest to tylko sposób mówienia, że nie może mieć aż tyle dzieci, ale ani jednego syna? Przecież
Bóg jest zawsze prawdomówny! Co się zatem zdarzyło? Może on w czymś Jego zawiódł? Może nie poszedł za tym
czego On od niego oczekiwał? Może jego syn którego miał z niewolnicą Hagar był wykroczeniem przeciwko słowu
obietnicy? Może trzeba było czekać, a nie samodzielnie próbować ułożyć sobie życie, zastępując w tym Boga i
zapewniając sobie potomka z młodej niewolnicy, którą mu wyznaczyła Sara i przyjęła od niej Izmaela, w dniu
jego narodzin, jako jej prawdziwego syna?Rozmyślanie Abrahama dziwnie łączyło się z muzyką upalnego lata,
z najgorętszą porą dnia, kiedy powietrze przygwożdżone upałem jest nieruchome, liście dębowe wyglądają jak
martwe, a po spalonej na popiół drodze nikt nie chodzi. Cala przyroda, w tym skwarze, oczekuje przesilenia,
to znaczy zejścia słonecznej kuli z nieboskłonu aż po horyzont ziemi. Wtedy zrobi się chłodniej i wieczorny wiatr
ożywi wszystko dokoła. W tej głuchej, upalnej ciszy słychać było tylko cykanie jakiegoś szczególnie upartego
świerszcza, który nie rezygnował ze swej solowej partii, ciągle powtarzając te same frazy. Brzmiały one w
uszach Abrahama jak płaczący flet, tym bardziej wyrazisty, że cisza była przejmująca. Przywoływał mu na
myśl smutny refren jego życia, który nieustannie śpiewała w nim dusza: kiedy się spełni Boża obietnica.

Abraham mimo swego wieku i mimo wszystkich rozczarowań jakie mu zgotowało życie, pomimo wszystko,
ciągle jeszcze oczekiwał łaski od Pana. Dla niej zostawił przecież wszystko opuszczając Charan: swój kraj,
swoich krewnych, swoja teraźniejszość, przeszłość i plany które miał na przyszłość. Uwierzył obietnicy, że
w ziemi, w której Bóg mu wskaże zbuduje swój dom …Przywędrował tutaj, przeszedł wzdłuż i wszerz
krainę Kanaanu, by rozbić swoje namioty w Mamre, pod dębami. Nie był on jednak taki jak inni mieszkańcy
tej ziemi.

Różnił się od nich. Oczywiście, na zewnątrz był taki jak wszyscy. Różnica dotyczyła jego duszy. Abraham
bowiem całe życie nie przestawał oczekiwać spełnienia się Bożej obietnicy. Czekał nawet wtedy, gdy jego
nadzieja wydawała się być już całkowicie na przekór nadziei, to znaczy zdrowy rozsądek mówił, że próżne
jest dalsze oczekiwanie. Jego wiara w spełnienie się nadziei była niezachwiana. Nikomu o tym nie mówił.
f0340134_15291228.jpg
To była sprawa pomiędzy nim a Bogiem. Tylko Sara wiedziała, co kryje się w jego duszy i dlaczego jest taki
małomówny. Bolało ją również jego samotne zamyślenie i jego siedzenie, w upalny dzień u wejścia do
namiotu, jak gdyby kogoś oczekiwał. Co jeszcze mogło się zdarzyć w ich starczym życiu? Czy mogła być dla
nich jakaś inna pociecha, aniżeli spokojna starość i spokojna śmierć?Gdy spostrzegł trzech ludzi idących droga,
w oddali, drgnęło w nim serce. Nagle się ożywił. Wstał z maty, na której siedział i nie poprawiając zawoju,
który miał na głowie, ruszył im naprzeciw. Zwolnil, dopiero wtedy, kiedy był już zupełnie blisko.

f0340134_15301518.jpg
Skłonił się przed nimi do ziemi i nie kryjąc wzruszenia, bardzo serdecznie ich prosił, aby przybyli do niego, do
domu, pod dęby. Szedł wyprostowany , uroczystym krokiem, wysunięty trochę do przodu, dziękując Bogu za
to, że będzie mógł ich ugościć. Sara widziała to wszystko przez szparę w namiocie i nie mogła się nadziwić
jego gościnności, która przerastała zwyczajny obyczaj. Abraham zatroszczył się o wszystko. Najpierw przyniósł
wodę, aby mogli się obmyć i odświeżyć sobie stopy, zmęczone wędrówką po stepowej drodze, a potem poszedł
przygotować im posiłek. Najczystszej mąki użył do upieczenia podpłomyków i najpiękniejsze cielę dał sługom
do oprawienia, aby nim uraczyć gości. Miał dziwne uczucie, ze nie jest ich godna żadna ofiara, zupełnie jakby
składał ją Bogu. Abraham cały czas stał przed nimi w nabożnym skupieniu i patrzył jak jedzą, gotowy w każdej
chwili do następnej usługi. Czuł się szczęśliwy. Smutny flet przestał grać swoje smętne refreny.
f0340134_15312266.jpg
Jakieś podniosłe hymny zaczęły brzmieć w jego duszy. Abraham pamiętał je dobrze. Były to te same hymny,
które oczarowały jego duszę gdy nosił się z zamiarem opuszczenia swojego kraju i udania się do ziemi obiecanej
mu przez Boga i wskazanej mu przez Niego dla wybudowania domu. Zupełnie nie dziwił się temu, że raz widzi
ich trzech ucztujących, a drugi raz był to tylko jeden mężczyzna o szlachetnym wyrazie twarzy i życzliwym,
niemal dziecięcym spojrzeniu. Jego życzliwość nie kojarzyła się w żadnym wypadku ze słabością, ale wprost
przeciwnie, jego spojrzenie zdradzało wielką moc, która dlatego, że nie bała się nikogo i niczego, wydawła się
dziecięcą. Kończąc wizytę, goście dziękowali za przyjęcie, ale Abraham nawet nie musiał słuchać ich słów.

Jego serce wiedziało, nie wiadomo skąd i nie wiadomo jak, że spełniła się Boża obietnica. Jego namiot pod
dębami Mamre stał się w oczywisty sposób prawdziwym domem. On zaś, stary człowiek, Abraham, przestał
być tylko posiadaczem obietnicy, ale stał się jej uczestnikiem i wykonawcą. Stał się dzięki niej związany
intymnie z Bogiem, jako wyraziciel Jego Ojcostwa, które spełniło się w nim. Nie wątpił ani przez moment, że
w następne lato, w tym właśnie namiocie gdzie byli teraz, będzie leżało obok nich, obok niego i Sary, na macie, ich długo oczekiwane dziecko.

O. Zygmunt Kwiatkowski
f0340134_15321324.jpg

[PR]
by NaszDomJaponski | 2015-06-28 15:32 | Fr.Zygmunt's Voice | Comments(0)

Disneyland na lotnisku

f0340134_15414240.jpg

Lotnisko miasta Nagasaki zbudowane zostało na jeziorze, bo... prawdę mówiąc nie było innego wyjścia.
Okolica jest górzysta. Od Nagasaki aż do miasteczka Omura, gdzie jest lotnisko poprzez dziesiątki
kilometrów ciągną się pasma skalistych, czubatych jak piramidy wzgórz porośniętych lasami.
Niemożliwe byłoby zniwelowanie takiego terenu i niemożliwe byłoby urządzenie lotniska na terenach
gęsto zasiedlonych i zagospodarowanych rolniczo. Musiałoby to pociągnać za sobą olbrzymie koszty
związane z odszkodowaniami.

f0340134_15421558.jpg
Najlepszym rozwiązaniem musiało się okazać wykorzystanie do tego celu jeziora i dlatego, do jednej ze
znajdujacych się na nim wysepek “podczepiony” został po prostu pas startowy dla samolotów. Ustawione
zostały wszystkie konieczne instalacje, budynki – włącznie z nowoczesnym dworcem lotniczym, parkingi,
wygodny dojazd autobusem, a więc również i most łączący lotnisko ze stałym lądem. Samoloty mogą
lądować i startować z tego lotniska bardzo wygodnie, nie mając żadnych przeszkód, bowiem dokoła
płyty lotniska rozciąga się rozległa, gładka tafla wody.

Nie o tym chciałem jednak napisać. Moją uwagę zwróciło co innego. Jest to na pozór śmiesznostka, mogąca
wywołać nawet uśmiech politowania u przyzwyczajonego do pewnej nonszalancji w pracy, bycia „cool” i
„professional” Europejczyka.

Najpierw, tak jak na wszystkich lotniskach, odbyła się odprawa pasażerów, która trwała dosłownie minutę.
Żadnych niepotrzebnych procedur i ani jednej minuty, którą podróżny uznałby za straconą w swoim planie
podróży. Zajmowanie miejsc w samolocie było równie sprawne. Każdy dbał o to, aby nie tamować przejścia,
a gdy zdarzyło się, że ktoś się trochę ociągał z umieszczaniem bagażu na półce, nie robiono mu żadnych
cierpkich uwag, ani nieprzyjemnych min. Pasażerowie ze stoickim spokojem czekali aż ci, którym zabiera
to więcej czasu, ulokują się wygodnie w fotelu. Precyzyjnie, zgodnie z harmonogramem lotów, zostały
włączone silniki samolotu.

Jednak zanim samolot opuścił miejsce postoju i ruszył na pas startowy zdarzyło się coś co dla mnie Europejczyka
było zupełnie niewiarygodne. Zobaczyłem przez okno, że cała piątka pracowników lotniska, ubranych w żółte
kamizelki odblaskowe z plastikowymi, białymi pasami skrzyżowanymi na piersi jak u grenadierów, odbiegła od
samolotu, jeden za drugim, na odległość około 50 metrów. Cała piatka ustawiła się w równym rządku, parę
metrów jeden od drugiego, po czym jakby na komendę wszyscy równocześnie uczynili najpierw głęboki na
około 45 stopni ukłon w kierunku samolotu, jak robią to u nas artyści po skończeniu przedstawienia, a potem
nie ruszając się z miejsca, jak pieć sympatycznych, uśmiechniętych myszek Miki zaczęli machać nam pasażerom
samolotu rękami na znak serdecznego pożegnania i życzenia szczęśliwej podróży.

f0340134_15460056.jpg

Przypomniała mi się wówczas inna scena kiedy w jednej z kolejek podmiejskich, jakich tysiące uwija się po całym
szerokim dystrykcie od Tokio do Jokohamy i Kawasaki, zobaczyłem konduktora wchodzącego do mojego wagonu.
W czarnym uniformie, bardzo młody, ze skupioną, ale pogodną twarzą zaraz po przekroczeniu progu wagonu,
zatrzymał się na moment i wykonał ukłon w kierunku wszystkich podróżnych, po czym majestatycznie poszedł
sobie dalej i zanim wszedł do następnego wagonu odwrócił się na pięcie, znowu ukłonił się na pożegnanie w
kierunku wszystkich pasażerów w wagonie i dopiero po tym wszedł do kolejnego wagonu. Jego majestatyczny
krok nie oznaczał jednak dumy, ale był raczej uroczysty, tak jak gdyby konduktor odbywał swoistą celebrację
przechodzenia przez wagon pociągu. Szedł uśmiechnięty, z gotowością usłużenia podróżnemu, gdyby ten
posiadał jakiś kłopot, na przykład nie zdążył z wykupieniem, albo dopłatą do biletu.
f0340134_15554396.jpg

Innym razem na jednej z większych stacji kolejki miejskiej, przez którą przelewa się każdego dnia milionowa rzeka
ludzi, nie mogłem się zorientować, którym pociągiem mam jechać dalej i gdzie jest peron, z którego on odchodzi.
Zwróciłem się z tym do pracownika kolejowego. Ten stanął przede mną na baczność, pokazując swoją gotowość
przyjścia mi z pomocą, potem słuchając uważnie tego co mówię, raz po raz z radością wyrzucał głośne „haj!”, czyli
„tak” gdy począł rozumieć na czym polega mój problem. Gdy już wyartykułowałem o co pytam ten z przejęciem,
jakby od wyniku jego tłumaczenia zależała zarówno jego kariera jak i cała przyszłość mojego życia, najlepiej jak
mógł wytłumaczył mi gdzie się powinienem udać, aby wsiąść do odpowiedniego pociągu. Pożegnał mnie kilkoma
ukłonami, z wyrazem szczerego zadowolenia na twarzy.

f0340134_15504691.jpg
Dodam jeszcze jeden epizod z tego samego cyklu banalnych przykładów japońskiej codziennosci. Tym razem
chodzi o autobus. Podczas jazdy zauważyłem, że kierowca od czasu do czasu zwraca się do podróżnych z
jakimiś dodatkowymi informacjami, oprócz tych, które dochodzą z puszczanych przez głośniki nagrań,
zapowiadających kolejne przystanki. Zwrócił moją uwagę element jakiejś celebracji, co w pierwszym momencie
odebrałem nawet jako formę pewnej maskarady. Kierowca informował o czymś pasażerów jakimś dziwnym
głosem, starając się, aby był on zbliżony jak najbardziej do chrypiącego basu, który mi przypominał słynnego
przed laty Luisa Armstronga. Zawiadomił, że za chwilę odjeżdżamy, że proszę nie chodzić po autobusie w
trakcie jazdy, gdyż jest to niebezpieczne dla pasażera, prosił o zapięcie pasów podczas jazdy autotstradą i
życzył wszystkim dobrej podróży.

f0340134_15582368.jpg
Zdałem sobie wtedy sprawę z tego, że tę samą dziwną manierę zauważyłem i u innych kierowców, a nawet
maszynistów, którzy mówiąc coś nieustannie do siebie podczas jazdy pociągiem, zwracają ubraną w białą
rękawiczkę rękę w kierunku sygnalizacji świetlnej, zupełnie jakby brali udział w jakimś przedstawieniu
prezentującym pracę maszynisty. Zrozumiałem, że w ten sposób wyrażają oni szacunek dla pracy, którą
wykonują i że w ten sposób ją celebrują.

Możnaby te wszystkie spostrzeżenia uzupełnić innymi jeszcze przejawami „śmiesznych” skłonności Japończyków
do posługiwania się symbolami i do celebrowania zwykłej codzienności, jak chociażby słynna ceremonia
parzenia zwyczajnej przecież herbaty. Jednak śmiech z naszej strony oznaczałby tylko prymitywny egocentryzm
kulturowy.

To prawda, że byłoby bardzo zabawne, gdyby Francuza, Anglika albo Polaka ubrać w mundur pracownika portu
lotniczego i kazać mu biec na stosowną odległość od samolotu, przed jego kołowaniem, ustawić się w szeregu i
wykonać głęboki ukłon oraz machać ręką na pożegnanie pasażerom. W wydaniu Europejczyków wyglądałoby
to nieco jak komedia.
f0340134_15594820.jpg
Gdyby z kolei potraktować wykonanie tego rodzaju czynności co panowie na lotnisku poważnie, uznanoby ją
niezwłocznie za szykanę pracownika, albo wręcz za torturę moralną i ujmę dla pasażerów, skazanych na
oglądanie takiego spektaklu przed odlotem. To samo powiedzielibyśmy o konduktorze kłaniającym się podróżnym
po wejściu do wagonu w europejskim pociagu, czy młodym pracowniku kolejnictwa, który z wypiekami na
twarzy tłumaczy podróżnemu jak ma trafić do swojego pociągu. A jak byśmy zareagowali na kierowcę autobusu,
który przemawia głosem Luisa Armstronga? Ile promili byśmy mu dali?

Wszystkie powyższe zachowania są głęboko wpisane w kulturę narodu japońskiego i mają sens, bo wpajane są
ludziom od dzieciństwa przez domy rodzinne, szkoły i przez ich całą tradycję. „Śmieszne ukłony” są przez nich
odbierane jako wyraźny sygnał, iż znajdują się w przyjaznej dla nich i dla innych przestrzeni publicznej, co daje
wszystkim poczucie bezpieczeństwa i komfort psychiczny. To z kolei ułatwia komunikację pomiędzy ludźmi i
decyduje o ogólnym klimacie pokoju i wzajemnej życzliwości. Należy im się za to szacunek. Szacunek, ale
nie imitacja, gdyż nie można i nie powinno się imitować innej kultury w sensie dosłownym na swoim podwórku.
Można i należy się nią jednak inspirować. Potrzebna jest do tego pewna fundamentalna otwartość, której
przeciwieństwem jest zarozumiałość i pycha, czyli uważanie siebie i własnej kultury za wyższą i lepszą tylko
dlatego, że jest ona nasza, swojska.

O. Zygmunt Kwiatkowski



[PR]
by NaszDomJaponski | 2015-06-27 16:00 | Fr.Zygmunt's Voice | Comments(0)

Życie za karę

f0340134_09533626.jpg
nikt życia gdy się psuje
nie jest w stanie oszukać
bo życie jest jak szczęście
jak wierność i jak wiara
albo jest bo jest ono w całości
albo go nie ma bo go nie ma w-cale
traci blask wówczas
i marnieje jak ścięty kwiat
stając się życiem za karę

O. Zygmunt Kwiatkowski
[PR]
by NaszDomJaponski | 2015-06-26 09:53 | Fr.Zygmunt's Poem | Comments(0)

UCAłOWANIE KRZYŻA

f0340134_17175510.jpg
Patrząc z zewnątrz, ma kobieta doskonałą sytuację. Opuściła kraj, w którym toczy się wojna, konczy doktorat, wyszła
za mąż i ma dwoje dzieci. Ma dobrą sytuację materialną. Inni jej zazdroszczą, a ona płacze do telefonu i nie jest
zdolna przyjść aby się ze mna zobaczyć.

Jasne, ze nie będę opowiadał szczegółowo kolei jej życia i informował o kłopotach z powodu których „świetna sytuacja”
w jakiej się znajduje musi zostać wzięta w cudzysłów. Wystarczy tylko powiedzieć, że chodzi o zmęczenie psychiczne
i duchowe, o brak porozumienia z mężem, z dziećmi, bliskimi, szczególnie zaś z mężem. Z tego powodu jej doktorat
wisi na włosku, jej życie rodzinne się chwieje i chwieje się jej życie towarzyskie. Można powiedzieć, że również na włosku
wisi jej zdrowie, a może nawet zycie. Jest zdesperowana.

Co można zrobic przez telefon w stosunku do czlowieka zdesperowanego? Jak można mu pomóc ? Nie ma innego wyjścia,
jak sięgnąć po kilka myśli, do których ma się przekonanie i pokazać, że się go rozumie i jest się z nim razem w tej biedzie,
którą on przeżywa.

Zaproponowalem jej UCAłOWANIE KRZYZA. Jasne, ze nie o magię tutaj chodziło. „Krzyż” to cierpienie, którego człowiek
nie jest w stanie unieść, cierpienie które go nieustannie „prześladuje”, męczy, spycha do glośnego protestu i nie znajdując
odpowiedzi na swoje „dlaczego”, człowiek pograza się w buncie albo duchowo umiera.
f0340134_16590463.jpg
Ucałować krzyż, to prowadzić z nim walki, ale dać się mu pokonać, nie tracąc jednak wiary w Boga. Piętrzą się na ogół
wówczas przed człowiekiem różne pytania „dlaczego”, a on nie nie znajduje na nie żadnej sensowej odpowiedzi.
Co więcej jego postawa miast wsparcia, spotyka się z krytyką i drwinami. Spodziewajac się końca udręk, pojawiają się
jakieś nowe, jeszcze bardziej bolesne.

Ucałować krzyż, to w pierwszym rzedzie znaczy uczynić to w imię wiary w Boga, który jedyny potrafi działać skutecznie
tam gdzie człowiekowi brakuje sił i pomysłów na dalsze życie. Ucałować krzyż, w tym wypadku, to postawić na pierwszym
miejscu zaufanie do Boga, a nie odwrotnie, to znaczy nie obietnice, że będę w Niego wierzyl, jeżeli uczyni mi to o co Go
proszę.

Przypomina to duchowego pokera. Człowiekowi się zdaje, że Bóg dlatego jego próśb nie wysłuchuje, bo za mała jest pula.
Podwyższa zatem stawkę, licząc na wygraną za następnym rozdaniem i rezultat może być wówczas tragiczny, tak jak
zawsze zresztą w hazardzie. Bóg jednak do takich gier nie zasiada. Czyni to kto inny, tem któremu zależy, aby czlowieka
wciągnąć w pułapkę buntu i nienawiści.

Ucałować krzyż, to z ufnością oddać Bogu swoje życie, ale nie wycofywać się z niego i nie rezygnować z własnej
odpowiedzialności. Ucałować krzyż znaczy zatem, powierzajac się Bogu i godzac się na to, aby działo się wszystko
według Jego woli, podejmować z własnej strony starania, wszystkie jakie są tylko możliwe i do jakich jesteśmy zdolni,
aby osiągnąć pożądany skutek. Święty Ignacy lakonicznie o tym mówi, że należy tak wierzyc, jak gdyby wszystko i
całkowicie zależało tylko i wyłącznie od Boga, a jednoczesnie samemu działać z takim przekonaniem i wytrwałością,
jak gdyby wszystko od nas zależało, od naszej inteligencji i silnej woli.
f0340134_17182729.jpg
W sytuacji desperata nie tyle należy zachęcać go do skuteczniejszej działalności i większego wysiłku, bo jest on przecież
ich ofiarą, czujac się przez nie zdradzony i porzucony, ale do zaufania Bogu. Ważnym elementem jest świadomość,
że życie doczesne nie jest celem samym w sobie, ale pielgrzymką do upragnionego przez nas celu. Droga czasem jest
trudna, ale należy to do dramatyczności naszego istnienia, którego nie jesteśmy w stanie objąć całkowicie naszym
rozumem, dlatego powinniśmy zaufać Temu, który je zna i który prowadzi nas do celu. Najbardziej wyraża tę wiarę
postawa wdzięczności Bogu, zawsze i „mimo wszystko”. Towarzyszy jej pokój „którego świat nam dac nie może” ,i który
jest obcy wszystkim mającym małą wiarę.

O. Zygmunt Kwiatkowski

[PR]
by NaszDomJaponski | 2015-06-25 17:18 | Fr.Zygmunt's Voice | Comments(0)

życie naprędce

f0340134_16310507.jpgbudzik
przystanek
w progu śniadanie
na obiad zjem więcej
telefon
spotkanie
pierścionek naprędce
dom
pierwsza żona
trojka dzieci
teściowa
na pożegnanie alimenty
żył
dążąc do tego by mieć jak najwięcej
pogrzeb miał piękny

O. Zygmunt Kwiatkowski
[PR]
by NaszDomJaponski | 2015-06-25 16:31 | Fr.Zygmunt's Poem | Comments(0)

Bez żadnych wyjątków

f0340134_14073457.jpg
w tym okropnym chaosie historii
która jest teraz naszym udziałem
nawet bóg sensu stracił głowę
a bóg wojny z rozłożystą jak baobab
boginią pogromów
dworują sobie publicznie z ludzkiego
istnienia
doszło do tego nawet
że dziwię się sobie samemu
jak to jest że jeszcze żyję
a może mnie się to tylko wydaje
może jestem zakładnikiem śmierci
rodzajem nie ogryzionej kości
z jej biesiadnego stołu
niedobitkiem po przegranej bitwie
nie mającym domu
może ogarkiem papierosa
wyrzuconym z pędzącego pociągu
Don Kichotem domagającym się gniewnie
w imię niezbywalnych praw człowieka
poprawy warunków eksterminacyjnych
dla każdego z nas
bez żadnych wyjątków

O. Zygmunt Kwiatkowski

[PR]
by NaszDomJaponski | 2015-06-24 14:07 | Fr.Zygmunt's Poem | Comments(0)

Misjonarze miłości

f0340134_12142285.jpg

„Ojciec Maksymilian Kolbe chciał, żeby jego kości spoczęły w japońskiej ziemi. Uważał, że misjonarz powinien być pochowany
na ziemi, na której pracował”-wspominał w 1998 roku 96-letni wówczas brat Grzegorz Siary z zakonu Franciszkanów
Konwentualnych w Konagai w prefekturze Nagasaki. Przyjechał do miasta Nagasaki w 1931 roku. Był jednym z 20, którzy
zdecydowali wyjechać na budowaną przez Św. Maksymiliana Kolbe misję w Japonii.

Święty Maksymilian Kolbe jest w Nagasaki znany, nie tylko katolikom. Jego działalności poświęcone są 3 rozsiane po mieście
muzea. W latach 90. miałam szczęście spotkać czterech braci, którzy pracowali w Japonii z polskim świętym, czyli brata
Grzegorz Siry, Romana Kwietnia, Sergiusza Pesieka i Eligiusza Zarembę. Trzej pierwsi zostali w maju 1995 roku odznaczeni
Krzyżem Kawalerskim Polonia Restituta.

"Ojciec Kolbe myślał o założeniu misji franciszkańskiej na Dalekim Wschodzie już podczas studiów w Rzymie" -mówi brat
Roman, który przyjechał do Nagasaki w 1934 roku. O wyborze Japonii zdecydowało spotkanie z japońskim seminarzystą,
późniejszym kardynałem Józefem Satowaki. Pomimo kruchego zdrowia i utraty jednego płuca o. Maksymilian wyruszył w
daleką podróż do Japonii w lutym 1930 roku. Towarzyszyło mu 4 braci, wśród których znalazł się brat Zenon Żebrowski,
po japońsku Zeno, jeden z najbardziej znanych misjonarzy katolickich w Japonii. W Nagasaki o. Kolbe otrzymał posadę
wykładowcy filozofii i teologii w seminarium duchownym. Od początku przyświecała mu myśl, aby założyć japoński
Niepokalanów i wydawać po japońsku miesięcznik "Rycerza Niepokalanej". Ówczesny biskup Hayasaka wyznał później,
że niechętnie zaakceptował pomysł utworzenia misji przez przybysza z nieznanego kraju, a na wydawanie "Rycerza"
zgodził się, bo był pewny, że w zamkniętej dla cudzoziemców Japonii obcy misjonarz nie zdoła wydać miesięcznika,
a jeśli nawet mu się to jakimś cudem uda, brak znajomości religii katolickiej sprawi, że pismo upadnie.

Rycerz po japońsku

f0340134_12174470.jpg
Cudzoziemscy misjonarze zaskoczyli biskupa kiedy 24 maja 1930 roku brat Zeno zaczął rozdawać na ulicy pierwszy numer
pisma o tajemniczym tytule: Seibo-no kishi czyli "Rycerz Niepokalanej". Ojciec Kolbe był autorem większości pisanych po
włosku i tłumaczonych na japoński tekstów. Sam nie mówił biegle po japońsku i komunikował się za pośrednictwem tłumacza,
późniejszego kontynuatora swojej misji o. Mirosława Mirochny. W muzem pamięci o. Kolbe przy klasztorze w Hongochi
można obejrzeć pamiętniki, w których widać jak ćwiczył japońskie hieroglify.
f0340134_12201169.jpg
Brat Sergiusz wspomina, że o. Maksymilian uczył jak "po rycersku cierpieć, pracować i umierać". W klasztorze od początku
panowały spartańskie warunki. Bracia spali na budowie, nawet w zimie kiedy było bardzo zimno. O.Kolbe specjalnie wybierał
na misję braci, którzy znali się na stolarce i budownictwie, żeby mogli własnymi rękami wybudować klasztor. "Tylko łagodność,
z którą nas traktował pozwalała znosić trudne warunki życia, marne wyżywienie i niesprzyjający nam klimat"-powiedział brat
Eligiusz, który przyjechał do Nagasaki wiosną 1936 roku, kilka miesięcy przed powrotem o. Kolbe do Polski.

f0340134_12215412.jpg
W zrekonstruowanej w muzeum przy klasztorze w Hongochi celi ojca Maksymiliana są tylko niezbędne rzeczy: proste łóżko,
stół i małe krzesełko. Brat Roman określa ojca Maksymiliana krótko: "niepowtarzalny człowiek, który uczył nas szanować
Japonię i nigdy jej nie krytykował. Powtarzał, że nie przyjechaliśmy tu, żeby kogokolwiek uczyć, ale po to żebyśmy się sami
czegoś nauczyli".
f0340134_12424881.jpg
"O. Kolbe przyciągał do siebie nie tylko seminarzystów, ale również niewierzących, nawet mnichów buddyjskich i naukowców"-
powiedział brat Sergiusz. "Imponował Japończykom spokojem i łatwością nawiązywania kontaktów". Świadczy o tym choćby
przykład oficera policji Yoshino, który wstąpił do Rycerstwa Niepokalanej jako szpieg kontrolujący działalność cudzoziemców.
Urzeczony osobowością o.Maksymiliana wyznał mu prawdziwy cel swojej misji i poprosił o chrzest.
f0340134_12431221.jpg
Kiedy jesienią 1936 roku po 6-letniej działalności misyjnej o.Kolbe na zawsze opuszczał ziemię japońską, pozostawił
finansowany przez Niepokalanów klasztor Rycerstwa Niepokalanej Seibo-no kishi w Hongochi, wydawany w nakładzie
65,000 egzemplarzy miesięcznik "Rycerz Niepokalanej", który wychodzi po japońsku do dziś oraz mniejsze seminarium
duchowne.
f0340134_12433612.jpg
Ciężkie lata

Pogłębiające się przed rozpoczęciem wojny trudności w Polsce sprawiły, że klasztor w Nagasaki cierpiał na brak funduszy.
Misja przetrwała głównie dzięki 12-letniej, ofiarnej pracy o. Samuela Rosenbajgera w Stanach Zjednoczonych. Pracujący
w Nagasaki bracia żyli w bardzo trudnych warunkach materialnych i bywali wspierani przez okoliczną ludność. W końcu
wojny zostali internowani. Z obozu internowania mieli już nie wrócić. W klasztorze w Hongochi do końca wojny zostali tylko;
przełożony klasztoru o. Mieczysław Mirochna i brat Zenon Żebrowski. Obaj przeżyli wybuch bomby atomowej, która 9
sierpnia 1945 roku spaliła miasto, przyniosła śmierć, niespotykane dotychczas poparzenia i chorobę popromienną.
f0340134_12311379.jpg
O męczeńskiej śmierci o. Maksymiliana polscy misjonarze dowiedzieli się po kapitulacji Japonii. W zrównanym z ziemią mieście
od razu zajęli się pomocą dla ofiar wybuchu, szczególnie dla osieroconych dzieci. 6 stycznia 1946 roku, w święto Trzech Króli
do furty klasztornej zapukał wędrowny mnich buddyjski. Przyprowadził trójkę bezdomnych dzieci. Ich rodzice zginęli podczas
wybuchu bomby. Znalazł dzieci w schronie i mieszkał razem z nimi w prowizorycznym szałasie, ale bał się że nie przeżyją tam
srogiej zimy. Franciszkanie przyjęli dzieci do siebie. Od tej pory nie tylko miejscowa ludność, ale również policjanci co kilka dni
przyprowadzali do klasztoru bezdomne dzieci. Ich liczba rosła w tak szybkim tempie, że o. Mieczysław podjął decyzję o
założeniu sierocińca.

Wyszukiwaniem sierot zajmował się brat Zeno, który nie znał nawet dobrze japońskiego, ale miał niezwykłą łatwość
nawiązywania kontaktów z ludźmi. Żartował, że bomba atomowa uszkodziła mu część mózgu i wszystkie japońskie słowa
wyleciały mu z głowy. W krótkim czasie schronienie w sierocińcu znalazło 70 dzieci z Japonii oraz okupowanych przez nią w
czasie wojny Chin, Mandżurii i Korei. W 1947 roku prowadzony przez polskich misjonarzy sierociniec w Omura w mieście
Nagasaki odwiedził cesarz Hirohito.

Liczba sierot rosła tak szybko, że władze miejskie zaleciły przeniesienie sierocińca poza miasto. Jeden z właścicieli ziemskich
ofiarował na ten cel ziemię w oddalonej 80 km od miasta wsi Konagai. Misjonarze wykarczowali teren i postawili budynki
sierocińca. Dzieci wymagały kobiecej opieki i ojciec Mirochna uznał, że nadszedł czas aby wypełnić życzenie o. Maksymiliana
i założyć żeńskie zgromadzenie. Powstałe w 1949 roku Zgromadzenie Sióstr Franciszkanek Rycerstwa Niepokalanej ma
główną siedzibę nadal w Konagai. Oddanie, z jakim siostry poświęciły się pomocy sierotom sprawiło, że władze prefektury
zwróciły się do nich z prośbą o opiekę nad dziećmi upośledzonymi. „W Japonii nikt się do tej pory dziećmi upośledzonymi
nie zajmował”-powiedziała pełniąca w latach 90. funkcję przełożonej zgromadzenia siostra Franciszka Nakayama.
„Ukrywano je w domach, bo przynosiły wstyd. Żyły w ukryciu przed światem zewnętrznym. Były odrzucone”.

Ogród chwały

Początkowo klasztor w Konagai przyjmował tylko dzieci z lekkimi urazami. Z czasem przybywało tych, które wymagały stałej
opieki. Zakład i szpital dla dzieci niepełnosprawnych nosi nazwę Misakae-no sono, czyli Ogród Chwały. Na jego terenie jest
również szkoła dla dzieci, które doświadczyły przemocy w rodzinie. Na początku lat 60. Ogród Chwały odwiedził ówczesny
następca tronu, a obecny cesarz Akihito. „Dzięki jego wizycie władze prefektury wybudowały nam piękną, asfaltową drogę”
-wspomninał brat Grzegorz.

Zakład opieki nad niepełnosprawnymi działa pod patronatem Św. Maksymiliana Kolbe. Przy wejściu do klasztoru widnieje
relief ze sceną, na której SS-man uderza o. Maksymiliana w twarz odbierając mu różaniec. Męczeńską śmierć o. Kolbe w
obozie koncentracyjnym w Auschwitz przedstawia obraz w klasztornej kaplicy. Ogród Chwały jest obecnie domem dla
około 500 osób. Tyle samo liczy jego personel. Władze prefektury przejęły ciężar finansowania zakładu. W klasztorze
Sióstr Franciszkanek Rycerstwa Niepokalanej w Konagai działającym przy Ogrodzie Chwały pracuje obecnie siostra
Kazimiera z Polski.
f0340134_12373477.jpg
Z budynków zakładów opieki rozciąga się piękny widok na zatokę Ariyake. Niedaleko Ogrodu Chwały wśród pól wsi
Konagai jest mała kaplica Św. Józefa, a przy niej groby polskich franciszkanów. Pochowani tu ojcowie Mieczysław,
Zbigniew, Samuel, Donat i Janusz, bracia Kasjan, Romuald, pochowany w Nishinomiya brat Urban, spoczywający w
Nagasaki brat Sergiusz, Wiktor, Aleksander, Maciej i Gerard, pochowani w Tokio brat Zenon, Seweryn i Eligiusz, brat
Grzegorz, który przed śmiercią wrócił do Niepokalanowa oraz jedyny żyjący jeszcze w pobliskim domu opieki brat
Roman Kwiecień to misjonarze, którzy pomimo trudności pozostali na ziemi japońskiej i kontynuowali tu rozpoczęte
przez o. Maksymiliana dzieło. Wszystkich ich łączyło to, że wzięli sobie do serca słowa świętego:
”Szczytem miłości i pracy dla Niepokalanej jest umrzeć i to gdzieś pod płotem, ażeby popiół z własnych kości wiatr
rozsypał po polu, bo ten zasiew z ludzkiego życia jest i zawsze będzie najsłodszy”.

Dorota Hałasa. 1995


[PR]
by NaszDomJaponski | 2015-06-24 12:38 | Japanese Christians | Comments(0)

Sympozjum o Ukonie Takayama

f0340134_14300288.jpg
Zycie Ukona Takayamy(1552-1615), japońskiego samuraja -kandydata na ołtarze, stało sie tematem kilku
odbywajacych się w czerwcu 2015 r. sympozjów. Ich celem jest zaznajomienie japońskich katolików z postacią
Ukona -z jego świadectwem wiary, która nie przestaje promieniować na cały Kościól Powszechny.

Pierwsze sympozjum, jedno z trzech na ten temat odbyło sie 21 czerwca na jezuickim uniwersytecie Sophia w
Tokio. Kolejne odbyły sie po kilku dniach w Nagasaki i w Osace. Autorem głównego referatu "Znacznie
męczeństwa Takayamy Ukona dla współczesnego Kosciola i spoleczeństwa" jest o. Anoton Witwer SJ,
profesor Uniwersytetu Gregorianskoego oraz dyrektor Instytutu Duchowosci Ignacjańskiej na tymże uniwersytecie.

W oparciu o dokumenty z archiwów jezuckich z okresu rozwoju chrześcijaństwa w Japonii w XVI w przedstawił
on najpierw wzrastanie we wierze i proces dojrzewania do swietosci - męczeństwa japońskiego samuraja.
"Pod koniec życia Ukon potrafił złożyć swoje życie w ręce Boga i pogłębić swoje zawierzenie się Jemu.
Stopniowo stawał sie "męczennikiem" w prawdziwym znaczeniu tego slowa, jako świadek zjednoczenia z
Chrystusem przybitym na krzyżu, który potrafił modlić się ze świętym Szczepanem "Panie, nie poczytaj im tego
grzechu" (Dz.Ap.7,60).
f0340134_14304866.jpg
Prelegent zauważyl duże podobieństwo życia Ukona z dramatem życia św. Piotra, który dopiero później, już jako
świadek męki i zmartwychwstania Jezusa pozwolił Zbawicielowi na" obmycie swoich stóp " ( J 13,6-8) oraz na
objęcie siebie Jego modlitwą:"Szymonie, Szymonie, oto szatan zażądal, żeby przesiać was jak pszenicę.
Ja jednak modliłem się za ciebie, abyś nie utracił swojej wiary."(Ł 22,31-34).

"Ukon uczył się pokory, aby przyjąć każde wydarzenie jako łaskę i dar od Boga, a nie jako owoc własnych
wysiłków- włączajac w to wyrzucenie z własnego kraju, które można nazwać "długotrwałym męczenstwem".
Prof. Witwer podkreślił, że "Ukon stając sie "narzędziem w ręku Boga"stał sie zarazem dla nas modelem życia
w wierze. Juz zaraz po śmierci był on uważany za "świętego" oraz męczennika " i takim nie przestaje być dalej
dla następnych pokoleń chrześcijan, gdyż jako instrument w Bożych dłoniach prowadzi nas do Bożych łask. "

W drugiej części sympozjum głos zabrał m.in emerytowany bp. Franciszek Ksawery Mizobe Osamu, pierwszy
przewodniczący Komisji Episkopatu ds. beatyfikacji Takayama Ukona. Jako profesor historii Kosciola wytłumaczył
on wpływ duchowości ignacjańskiej na Takayamę, a zwłaszcza japońskiego tłumaczenia "Cwiczeń Duchownych"
św. Ignacego Loyoli na pierwsze pokolenia chrześcijan w Japonii. "Bez wątpienia miało ono wpływ i przyczyniło się
do utrzymania tak głębokiej wiary japońskiego samuraja, jaki i na męczeństwo tak wielu innych
wyznawców Chrystusa w Japoni w czasie prześladowań w XVII i XVII w."

Przed sympozjum wyświetlony został 30 minutowy film "W kierunku beatyfiikacji. Justo Takayama Ukon:życie
oparte na trwałej wierze." Ten przybliżający postać chrześcijańskiego samuraja film w formie DVD jest
obecnie rozpowszechniany bezpłatnie w tutejszym Kosciele.

Według wydania japońskiego dziennika "Mainichi Shimbun" (21.06.15) w Watykanie "zakończono proces przygotowujący
beatyfikację Takayamy Ukona, chrzescijańskiego daimyo (pana feudalnego). Takayama Ukon (1552-1615) jest
znaną postacią historyczną w Japonii. W Kościele katolickim co roku odbywają się modlitwy w intencji jego beatyfikacji,
o co od lat zabiega japoński episkopat. Ukon znany także jako Don Justo – od imienia, jakie otrzymał na chrzcie św. w
1563 r. żył m.in. w położonej na zachodzie kraju Kanazawie, a także w prowincji Harima (obecnie Hyogo w centralnej
Japonii), gdzie zasłynął jako gorliwy katolicki daimyo, któremu pomimo narastających wówczas prześladowań udało
się nawrócić wielu swoich poddanych. Niektóre źródła mówią także o jego działalności misyjnej poza granicami swojej
prowincji. W 1614 r. pozbawiony wszystkich dóbr i tytułów, został deportowany do Manili, gdzie zmarł jako banita.

o. Paweł Janociński


[PR]
by NaszDomJaponski | 2015-06-23 14:17 | Fr.Paul's Voice | Comments(0)

Samuraj na ołtarze

f0340134_14340658.jpg
Wizyta w Japonii w czerwcu 2015 roku postulatora kurii generalnej jezuitów w procesie beatyfikacyjnym japońskiego
chrześcijanina i samuraja Ukona Takayamy budzi nadzieje, że może on być wyniesiony na ołtarze już w 2016
roku. Według doniesień m.in. japońskiej gazety Mainichi papieska komisja rozpoczęła 18 czerwca proces zmierzający
do beatyfikacji Takayamy. Po zakończeniu formalności i zatwierdzeniu ich przez Papieża Franciszka data beatyfikacji
zostanie ogłoszona na początku 2016 roku.

Postulator procesu beatyfikacyjnego, profesor Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego oraz dyrektor Instytutu
Duchowości Ignacjańskiej na tymże uniwersytecie o. Anton Witwer zaprezentował w Tokio, Nagasaki i Osace serię
wykładów pt "Znacznie męczeństwa Takayamy Ukona dla współczesnego Kościoła i społeczeństwa". Na wykład na
Uniwersytecie Sophia w Tokio przybyło w niedzielę 22 czerwca 2015 r. ok. 350-400 osób.
f0340134_14343389.jpg
Prof. Witwer podkreślił, że Takayama który przyjął wiarę od przybywających do jego kraju jezuitów był największym
japońskim misjonarzem XVI wieku. Przyjmując wiarę w Chrystusa osadził ją w kulturze japońskiej i kultywował jako
drogę życia łączącą chrześcijaństwo z japońską moralnością opartą na zachowaniu honoru i etyką rycerską. „Pokazał,
że miłość wypełniająca życie chrześcijanina nie tylko nie jest sprzeczna w kulturą żadnego kraju, ale wzbogaca
kulturę tego kraju i prowadzi ją ku pełni.” –powiedział prelegent.

Ukona Takayamę, który podczas chrztu w 1563 przyjął imię Justus (Sprawiedliwy), można najprościej nazwać
niezłomnym samurajem, a właściwie panem feudalnym, który w czasie krwawych prześladowań
chrześcijaństwa w Japonii na przełomie XVI i XVII wieku nie tylko nie uległ namowom, aby porzucić wiarę, ale
przez kilkanaście lat praktykował ją narażając życie. W okresie wojny domowej w Japonii prowadził negocjacje
pokojowe, dążył do minimalizacji ofiar i strat.
f0340134_14364139.jpg
Żył w całkowitej gotowości na śmierć, podobnie do nie ustającego w ewangelizacji i gotowego oddać życie za
Chrystusa apostoła Japonii św. Franciszka Ksaweregio. Pozbawiany w ramach prześladowań chrześcijan
wszystkich swoich posiadłości i majątku Takayama stał się pielgrzymem i tułaczem, który podobnie do
bezbronnego Jezusa z pokorą przyjmował spotykające go szyderstwa i poniżenia nie ustając w kontemplacji
męki Chrystusa, której stawał się dobrowolnym uczestnikiem. Stosując się do ignacjańskich ćwiczeń
duchownych oddał wszystko co miał i poświęcił się całkowicie służbie Bogu.

Pozbawiony wszelkich środków do życia, wykończony coraz uboższym i tułaczym stylem życia w ukryciu wraz
300 osobami z rodziny oraz stojącymi u jego boku poddanymi 8 listopada 1614 roku po długiej, pieszej podróży
do Nagasaki przyjął wyrok władz japońskich skazujący go na banicję. Dotarł do Manili w grudniu, gdzie z
towarzyszącymi mu chrześcijanami japońskimi był owacyjnie witany przez przedstawicieli tamtejszego Kościoła.
Zmarł w opinii świętego i męczennika w wyniku wycieńczenia oraz choroby 3 lutego 1615 roku, ok. 40 dni po
przybyciu do Manili.

Prof. Witwer podkreślił, że Takayama poświęcił życie kontemplacji Krzyża. Był męczennikiem ponieważ
mimo wywieranej przez otoczenie presji był gotowy na śmierć w obronie nauki Chrystusa, a jego życię stało się
stopniowym umieraniem za wiarę. Stał się kompanm wspierającym swoich byłych poddanych. "Ukon uczył się pokory,
aby przyjąć każde wydarzenie jako łaskę i dar od Boga, a nie jako owoc własnych wysiłkow- włączajac w to
wyrzucenie z własnego kraju, które w tym kontekscie można nazwać "długotrwałym męczenstwem"-powiedział.
f0340134_14365732.jpg
"Pod koniec życia Ukon potrafił złożyć swoje życie w ręce Boga i pogłębić swoje zawierzenie się Jemu.
Stopniowo stawał sie "męczennikiem" w prawdziwym znaczeniu tego słowa, jako świadek zjednoczenia z
Chrystusem przybitym na krzyżu, który potrafi modlić się ze świętym Szczepanem mówiąc:"Panie,
nie poczytaj im tego grzechu" (Dz 7,60).

Prof. Witwer podkreślił, że "Ukon stając sie "narzędziem w ręku Boga"stał się zarazem modelem życia
w wierze. Nie przestaje nim być dalej dla następnych pokoleń chrześcijan, gdyż jako instrument w Bożych
dłoniach prowadzi nas do większych łask Bożych. "

f0340134_00102120.jpg
Ukon Takayama urodził się w 1552 roku w jednej z obecnych dzielnic Osaki. Jego posiadłością był zamek w
Takatsuki (Osaka). Kiedy w 1587 roku ówczesny dominujący władca Japonii Hideyoshi Toyotomi wydał nakaz
opuszczenia kraju przez misjonarzy i faktyczny zakaz wyznawania chrześcijaństwa Takayama nie odrzucił
wiary i zgodził się na degradację polegającą na pozbawieniu go majątku. Mieszkał z rodziną i poddanymi u
znajomych przenosząc się z miejsca na miejsce w zachodniej Japonii. Kiedy przybył na banicję do Manili w
końcu 1614 roku władze kolonizatorów hiszpańskich zaproponowały mu pomoc w zbrojnym obaleniu rządu
wojskowego w Japonii w celu ochrony praw chrześcijan, ale Takayama odmówił uznając atak zbrojny za
niezgodny z nauką Chrystusa.

Jarosław Janociński, Dorota Hałasa


[PR]
by NaszDomJaponski | 2015-06-23 13:57 | Takayama Ukon | Comments(0)

Pierwsza Msza ks. Kolbe u nas コルベ神父が百合ヶ丘教会で初ミサ

f0340134_10020028.jpg
Ksiądz Satoshi Naito, który 29 kwietnia 2015 roku przyjął święcenia kapłańskie i imię Maksymilian Maria Kolbe odprawił
Mszę Świętą w kościele Yurigaoka w Kawasaki. Mówił o swojej niedawnej wizycie w mieście Fukuoka, gdzie uczył się w
seminarium duchownym i w Nagasaki na wyspie Kyushu, najbardziej katolickim mieście Japonii.
W Fukuoce był w kościele, w którym wśród parafian jest sporo potomków ukrywających się chrześcijan z wysp Goto.
Wśród wiernych obecnie dominują starsi ludzie. Jest mało dzieci bo ich własne dzieci wyjechały do pracy w dużych
miastach. Jest mało powołań wsród sióstr. Sióstry są już leciwe. Brak sióstr młodych.
f0340134_10014201.jpg

Nagasaki to przede wszystkim miasto męczenników i chrześcijan, którzy utrzymali wiarę w Japonii. Jest nam to sobie
trudno wyobrazić, bo żyjemy w czasch, w których nie ma w naszym społeczeństwie męczenników. Pozostaje pytanie
jak mamy głosić Ewangelię w tych czasach?
f0340134_10034407.jpg
Nawiązując do Ewangelii o uspokojeniu fal na morzu (Mk 4,35-41) ksiądz Kolbe przypomniał, że Jezus zapytał uczniów
na tonącej łodzi: „Czemu tak bojaźliwi jesteście? Jakże wam brak wiary?” Wiara jest zawierzeniem się Bogu, jest
porzuceniem strachu, jest głoszeniem Ewangelii i dawaniem świadectwa wiary swoim życiem. Każdy z nas ma lęki,
kłopoty, zmartwienia i wątpliwości. Jezus pyta nas wówczas: „dlaczego brak wam wiary?” Wiara sprawia, że ginie lęk
i strach. Módlmy się abyśmy mogli podtrzymać i nieść dalej naszą wiarę.
f0340134_10041295.jpg
Ponieważ był to Dzień Ojca dzieci składały życzenia tatom, a ksiądz Kolbe im pobłogosławił. Na Mszy Świętej obecna
była mama księdza, która dostała kwiaty od parafian w ramach podziękowania i życzeń z okazji obchodzonego w maju
Dnia Matki.

f0340134_10043565.jpg

4月に叙階された内藤神父様の初ミサが百合丘教会がありました。叙階されてこんなにも早く私たちの教会に来てくださり嬉しい
日曜日でした。

先週までの九州での旅の様子や長崎の殉教について、そして現代我々の周りで起きている「殉教」、神様の御言葉を解りやすく
伝えようと心を砕かれていました。

昨日のミサの後には父の日の祝福をしてくださいました。内藤神父様のお母様もいらしており、サプライズの母の日のプレゼントを
お渡ししたときには、聖堂に温かい拍手が響きました♪

内藤神父様、ありがとうございました!!またお会いできる日を楽しみに♪
[PR]
by NaszDomJaponski | 2015-06-22 10:05 | News | Comments(0)